wnętrzarski minimalizm roku 2000

Pamiętacie czasy sprzed Pinteresta?
A wcześniej?
W roku 2000, kiedy mowy nie było o blogach, a tym bardziej o blogach wnętrzarskich, gdyż internet śmigał jak ja na wrotkach…;) (stałego łącza doczekaliśmy się jakieś trzy lata później); wnętrzarskie moodboardy można było produkować metodą wyklejanki z jedynego ówczesnego magazynu branżowego „Cztery Kąty”. Właśnie wtedy sprezentowano mi trzy piękne albumy Tachena.
Ponieważ przypadło to na lata, kiedy rozpoczynałam przygodę z wnętrzami, a książki stanowiły główne źródło inspiracji, można powiedzieć, że znam je na pamięć.
„London Interiors” był moim ulubionym tomem, najbliższym estetycznie i jak się po latach okazało- ponadczasowym. Wczoraj przeglądałam go po raz kolejny, znów zatrzymując się nad tymi samymi realizacjami, zdjęciami i portretami mieszkańców, szukając rzeczy, które zdążyły się zdezaktualizować i tych, które pozostały niezmienne w moim odbiorze. Choć same wnętrza sfotografowanych wtedy najświeższych loftów, mieszkań i domów pewnie już nie istnieją, a jeśli istnieją- na pewno ich forma znacznie się zmieniła, być może zmienili się i właściciele, to refleksje nad nimi pozwalają zdefiniować co tak właściwie świadczy o ponadczasowości. Dlaczego do jakiejś estetyki nadal mam słabość? Dlaczego mimo upływu 16 lat nadal mi się podobają?
Bardzo zaskakujące, że w tym kontekście, pojawiło się w moich myślach słowo „minimalizm”, wcale wówczas nie znane. Przeczuwane? Wciąż bliskie…
Nie jest to jednakże minimalizm jednowymiarowy. Każdemu z prezentowanych tu wnętrz dodałabym inne cechy, niemniej jednak niezmienność i spójność tych kryteriów to dla mnie samej- wielka niespodzianka.

Mamy więc:

1. minimalizm jako skromność.

DE

Loft Michaela i Gillian jest ich mieszkaniem oraz miejscem pracy. Mimo dużej powierzchni wyposażony został wyłącznie w niezbędne meble: łóżko, pracowniane stoły oraz kanapa. Brak jakichkolwiek „ozdobników”, wręcz przekora bijąca z wyboru przedmiotów brzydkich, przypadkowych (spójrzcie na kocyk okrywający sofę!). W roli ścianek działowych występują spiętrzone plastikowe skrzynki.
Trudno tu mówić o celowości, o wizji estetycznej, a plastikowe skrzynki w mojej aktualnej hierarchii fajności znajdują się na szarym końcu, lecz skromność mieszkańców jest piękna.

2. minimalizm jako oszczędność środków estetycznych

FG

Maleńkie, białe mieszkanko Maureen, funkcjonujące jako mini galeria. Jedyną jej przestrzenią prywatną jest sypialnia a właścicielka przyznaje, że regularne eliminowanie zbędnych przedmiotów (jej nawyk) pozwala odwiedzającym koncentrować się na dziełach sztuki.

3. minimalizm jako oszczędność środków finansowych

A

Małżeństwo artystów, po doświadczeniach życia na squocie, ograniczając koszty stworzyło loftowe mieszkanie o nieco wyższym standardzie (ciepła woda i wanna!). Wszystkie elementy wyposażenia i meble to znaleziska lub przedmioty zastane. Melanż a może swego rodzaju eklektyzm jest ewidentny i pełen uroku.

4. minimalizm jako surowość

BC

Zachwycona prostotą życia Ann pozbyła się wynalazków technologicznych, pozostawiając w mieszkaniu jedynie lodówkę oraz telefon. Nawet ciepłą wodę podgrzewa opalana węglem „Aga”. Wnętrze wypełniają surowe drewno, szlachetne tkaniny, naturalne plecionki. Nie można powiedzieć, że jest to przestrzeń uporządkowana, jednak ograniczona gama kolorystyczna i „prawdziwość” rzeczy wprowadzają piękną harmonię.

Które z wnętrz jest Ci najbliższe i która z definicji?
Bardzo jestem ciekawa jak spojrzymy na współczesne domy w roku na przykład 2030…:)